Diapazon - Polski Serwis Jazzowy - ARCHIWUM
Prezentujemy: 462 biografii muzyków, 2010 recenzji, 534 artykułów, 267 wywiadów, 7850 płyt, 1759 linków, 515 galerii
ARTYKUŁ
Sonny Simmons: Musicie żyć naprawdę

Wywiad z Sonnym Simmonsem przeprowadzony przez Janusza JabÅ‚oÅ„skiego i Tomasza Gregorczyka 26 listopada 2004 r. w Andrychowie. Kilka uwag miał też drugi lider formacji Cosmosamatics - Michael Marcus.

Co jakiś czas odwiedza Polskę jeden z najbardziej zwariowanych zespołÃ³w na tej planecie - Cosmosamatics. Nieprzewidywalni dla organizatorów, dla publiczności i chyba też dla siebie samych. Nawet na scenie wyglądają dziwacznie - wielka sylwetka groźnego, szalonego i nieprzystępnego Sonny’ego Simmonsa kontrastuje z przysadzistym i jowialnym Michaelem Marcusem. To niezwykłe, że dla wiernych wielbicieli Simmons jest żywą legendą, podczas gdy przeciętny fan jazzu nigdy o nim nie słyszał. Życie bywa czasem niesprawiedliwe, a Sonny Simmons dobrze o tym wie. Po okresie świetności w latach 60. i współpracy z takimi znakomitościami jak Charles Mingus, Eric Dolphy czy Elvin Jones, nastały smutne czasy problemów z używkami i kobietami, zakończone epizodem grania dla pieniędzy na ulicach San Francisco. Wystarczy jednak kilka nut, aby zorientować się, że Simmons jest jednym z ostatnich, którzy byli Tam i Wtedy. Podczas rozmowy przypomina zaś starego bluesmana, w którego opowieściach fakty splatają się z legendami.

Tomasz Gregorczyk, Janusz Jabłoński: Billy Harper powiedział nam kiedyś, że w USA komercyjna i rasistowska polityka promocyjna uniemożliwia zdobycie uznania i sławy wielu wspaniałym artystom. Zgadza się Pan z tym?

  Sonny Simmons, Kraków, Alchemia, 3.10.2006 (Fot. Krzysztof Penarski)  
  Sonny Simmons, Kraków, Alchemia, 3.10.2006 (Fot. Krzysztof Penarski)  
Sonny Simmnos: Tak, bo niektórych muzyków się nie zauważa. Są jak cienie w kącie. Nie widzi się ich, nie dba o nich i to jest wszystko, co mam do powiedzenia na ten temat. Stany Zjednoczone same siebie mają gdzieś, jeśli chodzi o kulturę i sztukę. Brakuje wsparcia ze strony rządzących, którzy nie interesują się wspaniałymi muzykami, rodzonymi dziećmi tego kraju. A szczególnie jeśli jesteś czarny i niekomercyjny, tak jak Cosmosamatics – wtedy odstawiają cię do kąta. Nie jesteśmy komercyjni, tworzymy prawdziwe dzieło sztuki z tego, w co wierzymy. Jesteśmy nieznani w Stanach, a przynajmniej nie w takim stopniu, na jaki zasługujemy. Jestem tym bardzo rozczarowany. Fakt, nie mam zbyt wiele dobrego do powiedzenia o Stanach Zjednoczonych w kwestii kultury i sztuki.

TG, JJ: Cieszy nas, że Cosmosamatics wydaje płyty dla krakowskiej wytwórni Not Two, ale czy nie wolelibyście jednak wydawać ich na przykład w Nowym Jorku?
SS:
To nie ma aż takiego znaczenia. Dla nas jest najważniejsze, aby zauważono Cosmosamatics i artystów tworzących ten zespół. Nowojorskie firmy płytowe nie postrzegają nas jako grupę, którą warto wydać, bo widzą, że jesteśmy niekomercyjni i trudno na nas zarobić. To kupcy, prawdziwi kupcy. Jeśli czują, że mogą nie zrobić dużych pieniędzy na promowaniu jakiejś muzyki, to albo ją ignorują, albo odrzucają bez skrupułÃ³w.

TG, JJ: Sprawy finansowe są jednak bardzo ważne, czasami sytuacja rodzinna może bowiem zmusić artystę do bolesnych wyborów – muzyka lub rodzina. A Ravi Coltrane mówił nam: "Są rzeczy ważniejsze niż muzyka"...
SS:
Tak, to ważna kwestia dotycząca związku, a zwłaszcza kobiety decydującej się na życie z muzykiem oddanym swojej pracy. W końcu może on usłyszeć "John, ty w ogóle nie zarabiasz. Znajdź sobie jakieś zajęcie!" Wielu muzyków dochodzi do takiego momentu przez obowiązki rodzinne, którym muszą sprostać. Nie uważam, że rodzina jest jakimś najwyższym powołaniem, ale nie można jej ignorować. Przecież opiekowałem się rodziną przez wiele lat. Postawiłem rodzinę na pierwszym miejscu, przed muzyką, po to, aby o nią zadbać, więc chyba mogę coś powiedzieć o takich doświadczeniach. Nie sądzę, żeby to był jakiś szczególny powód do dumy, raczej najważniejszy obowiązek, któremu musisz podołać. Nie musisz porzucać muzyki, nie zgadzam się z tym. Jestem tego żywym przykładem – nigdy nie odłożyłem muzyki na bok z powodu miłości moich eks-żon czy dzieci. Zawsze traktowałem je na równym poziomie i starałem się pogodzić jedno z drugim.

  Michael Marcus, Kraków, Alchemia, 3.10.2006 (Fot. Krzysztof Penarski)  
  Michael Marcus, Kraków, Alchemia, 3.10.2006 (Fot. Krzysztof Penarski)  
Michael Marcus: Dodam jedną rzecz do tego, o czym mówicie. Muzyka ma uzdrowicielską siłę. Wiecie, czym są lasery – to energia świetlna, która wypala nowotwór i w ten sposób leczy daną część ciała. Światło to fala – dźwięki tak samo. Więc leczenie może odbywać się za pomocą i światła, i dźwięku. Dlatego próbujemy zawrzeć w naszej muzyce przesłanie miłości, pokoju i uzdrawiania. Nawiązując do tego, co powiedział wam Ravi i Sonny Simmons – miłość i muzyka to jedno.

TG, JJ: Mamy kilka pytań dotyczących przeszłości Pana Simmonsa. Podobno w dzieciństwie uczestniczył Pan w obrzędach voodoo?
SS:
Jak się o tym dowiedziałeś? Cóż, to prawda. Mój ojciec był wysokim kapłanem voodoo. Był w tym naprawdę dobry i potężny. Ale nie był to ten rodzaj szatańskiego voodoo, który oglądacie w filmach, gdzie wbija się szpilki w szmaciane lalki. Kiedy uczyłem się voodoo od swojego papy, miało tylko dobre cele – aby życie tętniło, plony rozkwitły, a ziemia obrodziła wszelkim jadłem. Chodziło o życie, nie o śmierć. Mój ojciec mógł użyć swojej mocy w bardzo destrukcyjny sposób, gdyby tylko zechciał. Ale nie interesowało go to. Co nieco o tym wiem i również potrafię nieźle zaszkodzić. Ale nie robię tego i kieruję całą swoją energię w muzykę. Tak wygląda prawda o voodoo i hoodoo. Sława mojego ojca sięgała daleko poza Sicily Island w Luizjanie. Ponadto był też pastorem w kościele baptystów. Był też muzykiem, grał na perkusji. Miałem wtedy sześć lat i grałem na starym akordeonie skrzynkowym.

TG, JJ: Właśnie, jaka muzyka wtedy Pana otaczała?
SS:
Afrokaraibska, religijna i muzyka robotników rolnych z Południa. Robotnicy śpiewali, kiedy zbierali bawełnę i ścinali trzcinę cukrową. Wszyscy zbierali się razem i tak właśnie na głębokim Południu USA narodził się blues. Z ciężkiej pracy wykorzystywanych czarnych robotników.

TG, JJ: W latach 50. zaczął Pan grać profesjonalnie w grupach bluesowych.
SS:
Tak, w rythm&bluesowych ściślej mówiąc. Miałem jakieś osiemnaście lat. W tych latach powoli rodził się czarny ruch oporu. Dział się to już w Oakland w Kaliforni, gdzie dorastałem po tym, jak moi rodzice przenieśli się z Południa na Zachód Stanów Zjednoczonych. Grałem rythm&bluesa w Oakland i okolicach, między innymi z Lowellem Fulsonem oraz z wielkim bluesowym mistrzem Jimim McCracklinem. Podobało mi się to, bo rythm&blues to forpoczta bebopu, jazzu, awangardy, nazwijcie to jak chcecie. To dziedzictwo robotników z Południa, z Luizjany, gdzie urodziłem się i wychowałem. Nigdy o tym nie zapomniałem.

TG, JJ: W 1963 roku przeniósł się Pan do Nowego Jorku.
SS:
Tak, tuż po tym, jak nagrałem wspólnie z Princem Lashą swoją pierwsza płytę "The Cry" dla Contemporary Records. Miałem jakieś dwadzieścia osiem lat, kiedy przyjechałem do Nowego Jorku. To było wspaniałe – byłem tam, gdzie wszyscy ci wielcy mistrzowie, moi bohaterowie! Kiedyś nie śmiałem nawet marzyć o graniu z nimi. Ale kiedy dotarłem do Nowego Jorku, byłem już gotów. Nie przyjechałem tam, żeby się uczyć. Robiłem to wcześniej, w domu, więc na miejscu zostałem zaakceptowany przez najlepszych.

Nie używałem wtedy narkotyków, byłem czystym ptakiem. Wiecie, Charlie Parker zwykł mawiać: "Jestem czystym ptakiem"... Dziwili się: "Sonny nie bierze, jak on może tak grać?". A ja tylko czasem paliłem skręta, wypijałam trochę wina, ale żadnych prochów. Narkotyki były wtedy wyjątkowo popularne wśród muzyków. Ale mnie to nie obchodziło, uwielbiałem ich wszystkich niezależnie od tego czy brali, czy nie. Byli wtedy prześladowali w Stanach i potrzebowali ucieczki, więc absolutnie nie gardziłem nimi. I tak ich kochałem. Nawet jeśli brali ode mnie czasami trochę forsy, żeby poczuć się lepiej.

TG, JJ: Wspomniał Pan Charliego Parkera. Jak wyglądało Pańskie pierwsze spotkanie z jego muzyką?
SS:
Po raz pierwszy usłyszałem go w Kalifornii, jeszcze jako nastolatek. Byłem pod wrażeniem jego mistrzostwa w grze na saksofonie i w dziedzinie kompozycji. Charlie był pełen niezwykłej kreatywności i energii, brukował nowe ścieżki w historii muzyki. Zostawił we mnie niezapomniane wrażenie, które zmieniło całe moje życie. To przykład tego, jak potężna może być muzyka.

TG, JJ: Mówi się, że Bird grał jak nikt przed nim i nikt po nim. W czym tkwi tajemnica Charliego Parkera?
MM:
Charlie Parker powiedział: "Aby coś zagrać, najpierw musisz coś przeżyć". Istnieje coś, czegoś nie da się zawrzeć w książkach i nauczyć w szkole. Dla nas każda trasa jest gromadzeniem intensywnych doświadczeń. Wszystko, co tworzymy, jest naszym obrazem, niezależnie od tego, czy reprezentuje to tradycję Charliego Parkera, czy też nie. To nasze przesłanie, tym żyjemy.

Inna sprawa, o której wszyscy muszą pamiętać – Charlie Parker grał bluesa. Aby grać awangardę, jazz, bebop czy free jazz, musisz być zakorzeniony w bluesie. Albo przynajmniej wiedzieć, skąd pochodzi czarna muzyka – od 1909 roku i Kinga Olivera począwszy, na Albercie Aylerze i Sonnym Simmonsie skończywszy.

  Sonny Simmons, Kraków, Alchemia, 3.10.2006 (Fot. Krzysztof Penarski)  
  Sonny Simmons, Kraków, Alchemia, 3.10.2006 (Fot. Krzysztof Penarski)  
SS: W jego muzyce wyrażała się istota tego, kim był. Nikt nie grał jak Bird, bo nikt nie potrafi skopiować ducha innego człowieka. Studiowałem ten problem przez długie lata. Nie mogę brzmieć jak Bird, ani myśleć jak on. Nie mogę grać jak John Coltrane czy Eric Dolphy. Mamy tu do czynienia z czymś daleko głębszym niż to, co możesz usłyszeć i wyćwiczyć. Tu chodzi o indywidualnego ducha, który kształtuje i przenika estetykę twojej muzyki. Nie ma sposobu, aby grać jak Michael Marcus czy Sonny Simmons. Nie możesz od tak pójść do sklepu i kupić sobie kopię.

TG, JJ: Do Nowego Jorku trafił Pan we wspaniałym okresie...
SS:
To był złoty wiek! Lata 60., czas kwasu, dziewcząt z kwiatami we włosach, Jimiego Hendriksa, rewolucji Martina Luthera Kinga, Malcolma X i wielu innych bohaterów. Dawaliśmy czadu i wszczynaliśmy walkę z systemem. Dziś pod nazwą Cosmosamatics nadal buntujemy się przeciw światowym systemom i rządom. Robimy to dlatego, że rządzący są bezlitośni, zachowują się tak, jakby ludzkie życie nie było warte złamanego grosza! Strzelają do ludzi, jakby byli muchami, traktują ich jak szczury. Robią to, chociaż mają możliwość niesienia ludziom pomocy – mogą ich leczyć albo zadbać oto, aby nie głodowali. Dlatego Cosmosamatics jako zespół sprzeciwia się wszystkim rządom, które tkwią w tym bagnie!

TG, JJ: Podobno chcieliście, żeby okładką "Reeds & Birds", waszej pierwszej płyty dla Not Two, była fotografia zespołu obok starego polskiego czołgu. Zdjęcie ostatecznie znalazło się we wkładce do płyty. O co chodziło?
MM:
To zdjęcie oznacza, że stoimy ramię w ramię z represjonowanymi i walczącymi o równość ludźmi na całej Ziemi. Chcemy pokazać światu, że jesteśmy z nimi oraz to, że nasza muzyka reprezentuje aktualne przesłanie, nie z 1939 czy z 2001 roku, ale z dnia dzisiejszego. Stojąc koło tego starego, komunistycznego czołgu okazujemy naszą solidarność z ludźmi, którzy cierpią z powodu dyskryminacji i nierówności.

TG, JJ: Masz kogoś konkretnego na myśli?
SS:
Oni wiedzą, o kogo chodzi.

TG, JJ: Przez wiele Pan w życiu przeszedł. Jakiej rady udzieliłby Pan młodym muzykom jazzowym?
SS:
Musicie żyć naprawdę. Wasz talent, profesjonalizm i muzyka nie wystarczą. Musicie mieć do opowiedzenia jakąś historię. Dopóki nie będziesz żył i doświadczał czegoś szczególnego, nie będziesz mógł nic szczególnego powiedzieć. Ale jeżeli będziesz rozwijał się rok po roku mając to na uwadze, odkryjesz swój własny sposób ekspresji. Będziesz miał do przekazania twoją własną historię, a nie tylko wyuczone dźwięki... Dobra koledzy, fajnie się rozmawia, ale musimy stąd spadać.

TG, JJ: Jeszcze tylko jedno pytanie do Michaela Marcusa... Jakie były twoje najważniejsze muzyczne inspiracje?
MM:
Inspirują mnie wszyscy, którzy mają piękny ton i przesłanie oraz snują opowieści w swoich improwizacjach. A więc wszyscy amerykańscy mistrzowie: King Oliver, Louis Armstrong, Johny Dodds, Pee Wee Russell, Count Basie, Duke Ellington, Roy Eldridge, Lester Young, Buddy Tate, Buster Bailey, Charlie Parker, Thelonious Monk, Herbie Nichols, Sonny Clark, Bud Powell, Ornette Coleman, Don Cherry, Charlie Haden, Ed Blackwell, Billy Higgins, Dennis Charles, Eric Dolphy, John Coltrane, Albert Ayler, Sonny Simmons, Prince Lasha, Mel Brown, Bishop Norman Williams, wszyscy dobrzy muzycy w Polsce i na całym świecie, którzy posiadają to przesłanie w swoim brzmieniu i improwizacjach, Art Pepper, Gerry Mulligan, Sonny Stitt, Sonny Criss, Gene Ammons... Mam mówić dalej? (śmiech)

TG, JJ: Nie, dziękuje. To chyba wystarczy.

Rozmawiali: Janusz Jabłoński (Radio Kraków) i Tomasz Gregorczyk

Data wstawienia: 2006-10-27


Sonny Simmons: Musicie żyć naprawdę
Sonny Simmons (Fot. Krzysztof Penarski)
SPONSORZY SERWISU
POLECAMY


  Wstecz  Do góry  Napisz do nas  Drukuj
© 2002-2009 Andrzej E. Grabowski & RafaÅ‚ Fagas & Kamila Szczepaniak