Obrodziło w poprzednim roku wieloma dobrymi polskimi albumami jazzowymi, a jednym z nich jest właśnie niżej omawiany. Nie jest on może tak do końca polski, bo poza liderem grają w nim główne role Amerykanie, znani skądinąd z grupy Satlah – Shanir Ezra Blumenkrantz i Kevin Zubek. Ale w dwóch utworach pojawia się też polska sekcja – Krzysztof Pacan i Arek Skolik.
Przyznam się bez bicia, że wcześniej twórczość Joachima Mencla była mi zupełnie nieznana, tak więc zasiadałem do wysłuchania tej płyty bez żadnych wstępnych odczuć, uprzedzeń i wrażeń. Otrzymałem płytę, która od razu zachwyciła mnie swoją oprawą graficzną (gratulacje dla Olgierda Chmielewskiego, Wioli Chmielewskiej, Beaty Mendel i zdjęć, które popełnił Wojciech Karliński).
Pierwsze wrażenie – znakomite, ale dopiero po włożeniu płyty do odtwarzacza zostałem wgnieciony w fotel. Dawno nie słyszałem tak inspirującej gry fortepianowego tria.
W tym miejscu pozwolę sobie na pewną dygresję odwołującą się do mojej wcześniejszej recenzji płyty Bartłomieja Brata Olesia – "FreeDrum Suite". Oczywiście nie ma porównania między tymi płytami, inny skład, inna muzyka, inne zamierzenia, ale gdyby perkusja Olesia brzmiała tak, jak Kevina Zubka lub Arka Skolika, to mogłaby z tego wyjść naprawdę interesująca płyta, a tak - no cóż wyszło jak wyszło.
Ale wracając do "Interludium" nie mogę wyjść z podziwu nad wspaniałą realizacją tej płyty - dźwięk krystaliczny, produkcja światowej klasy. Niewątpliwym bohaterem nagrania jest jej lider, bo to on skomponował prawie wszystkie utwory. Jedynymi wyjątkami są: "Smatter" Kenny Wheelera i trzy interludia, które są podpisane nazwiskiem jego oraz Blumenkrantza i Zubka.
Świadomie piszę, że są to utwory podpisane, a nie skomponowane, bo mam wrażenie, że to mistrzowskie improwizacje, a nie świadomie napisane kompozycje. Niech jednak nikogo nie zmyli słowo interludium w tytułach tych utworów, bo nie są to króciutkie wstawki między kolejnymi utworami, ale pełnoprawne trwające 5-6 minut improwizacje.
Co do innych utworów, tym razem już autorstwa Joachima Mencla, to trudno, któryś z nich wyróżnić, bo naprawdę nie ma żadnego utworu odpuszczonego czy też słabszego, odstającego od reszty. I nie ma znaczenia, czy byłby to rozpoczynający płytę, dynamiczny "Mystic Call", zadedykowany żonie "Overstep" z pięknym solem perkusji Zubka, czy też wspaniale majestatyczna i subtelna ballada "Late Junction", której na pewno nie powstydziłby się sam Keith Jarrett.
Co do polskiej sekcji (Pacan i Skolik) towarzyszącej liderowi w dwóch utworach "Ta góra" i "Ezehiel" to można z całą pewnością powiedzieć, że nie odstają umiejętnościami od swoich renomowanych amerykańskich kolegów.
Piękna płyta, jedna z moich faworytek w tamtym roku, szkoda, że trochę niedoceniona przez środowisko i media, które bardziej wolały się skupić na "Piano" Możdżera. Nie chciałbym dokonywać dalszych porównań, ale tę płytę stawiam o parę szczebli wyżej niż ECM-owskie dzieło Simple Acoustic Trio z bieżącego roku. Naprawdę warto posłuchać tego albumu, na którym jest tak dużo pasji, a zarazem liryzmu oraz przejrzystości i przestrzeni.
Robert Żurawski
Data wstawienia: 2005-04-22