Czy można grać Monka na gitarze elektrycznej? Albo na harfie? Można spróbować. Każdy akt twórczy jest kompromisem miedzy wizją i możliwościami tworzywa. Mieszkający w Bostonie grecki pianista Pandelis Karayorgis postanowił na płycie dla znakomitej portugalskiej wytwórni Clean Feed nagrać materiał klasyka na elektrycznym pianinie Fender Rhodes. Czyli trochę sobie utrudnić. Pozornie.
Pomysł intrygujący. Enigmatyczne, trochę rozmyte brzmienie pianina Fender Rhodes słychać choćby na płycie Milesa Davisa "Filles de Kilimanjaro". Na "Grand Wazoo" Franka Zappy w utworze "Blessed Relief" cudowne solo na tym instrumencie gra George Duke. Perliste dźwięki o rozwibrowanych konturach budowały specyficzną atmosferę jazz-rockowych hybryd w początku lat 70. Ostatnio wróciły do łaski wraz z modą na ciepłe brzmienie analogowych instrumentów elektrycznych.
Na omawianym krążku nie ma jednak mowy o muzycznym recyclingu i traktowaniu instrumentu w charakterze brzmieniowego fetyszu. Pandelis Karayorgis to poważny absolwent bostońskiego konserwatorium, w latach 1992-93 dyrektor Thelonious Monk Repertory Ensemble, mający za sobą współpracę z tej klasy muzykami co Mat i Joe Maneri, Ken Vandermark, Michael Formanek, czy też argentyński architekt dźwięku Guillermo Gregorio. Formację MI3 uzupełniają znani choćby ze współpracy z Kenem Vandermarkiem basista Nate McBride, i perkusista Curt Newton. Na płycie znalazły się zarówno utwory z repertuaru Monka ("Ugly Beauty", "Monk`s Point", "Shuffle Boil", "We See"), jaki i oryginalne kompozycje Karayorgisa oraz, rzecz niebywała, "Gazzeloni" z repertuaru Erica Dolphy.
Słuchanie utworów Monka w interpretacji tej trójki muzyków ma w sobie coś z rozbierania babcinego budzika na części. Niby nie wolno, pewnie nie będzie wiadomo jak potem złożyć w całość, a jednak coś kusi by sprawdzić jak wygląda w środku, jak działa, co go napędza. Pastelowy kontrabas Nate'a i czujna perkusja Curta są jak mechanizm napędzający całą zabawę, podczas gdy Pandelis toczy nierówna walkę z niezgrabnymi, karykaturalnymi dźwiękami wydobywanym z wnętrza elektrycznego pianina. Nieprzystawalność brzmienia i wyobrażeń o tym jakie być powinno podkreśla dodatkowo kapryśność harmonii Monka, nadaje jej nieco surrealistyczną subtelność i perwersyjną grację. Nie ma tu za grosz pietyzmu i nudnej wierności oryginałowi. Jest próba wykręcenia na drugą stronę, postawienia na głowie. Tyle że z tych prób kompozycje Wielkiego Mnicha wychodzą zawsze nienaruszone.
Oryginalne kompozycje Karayorgisa wydają się współistnieć z łobuzerską naturą instrumentu na który zostały skomponowane. Jest w nich miejsce dla wszystkich pogłosów, przesterowań, trzasków, szmerów i perlistych wibracji. Obserwowanie jak z niedoskonałości (tu brzmienia) artysta formuje swój przekaz jest frapujące i wciągające. Można odnieść wrażenie współuczestniczenia w procesie twórczym, który jest równocześnie i eksperymentem i zabawą. W wypadku utworu Dolphy'ego natomiast, nareszcie słychać jak blisko koncepcji rytmicznych i harmonicznych Monka był ten genialny artysta. To wersja jak z drugiej strony lustra Alicji, enigmatyczna i budząca apetyt na więcej.
Słuchając tych dźwięków w innej rzeczywistości niż nasza, pan Thelonious odstawia pucharek swoich ukochanych lodów, by spojrzeć na okładkę płyty i zapamiętać dziwne nazwisko człowieka, któremu kiedyś szepnie z sympatią do ucha "Tak właśnie, kolego".
Olaf Piotrowski
Data wstawienia: 2005-12-16