Przyznam, że z wielką niecierpliwością sięgnąłem po tę płytę, by po jej przesłuchaniu stwierdzić, że "z dużej chmury mały deszcz". Pomimo tego, że to zdanie służyć mogłoby za zwięzłą recenzję i że po jego napisaniu mógłbym tekst zakończyć, to jednak tego nie zrobię, chcąc się wytłumaczyć.
Na pewno oczekiwania wobec "Wane" były spore, gdyż dwaj Europejczycy nie tylko są liderami najciekawszych austriackich formacji z kręgu muzyki improwizowanej (Dafeldecker kieruje Polwechselem, zaś Hauf - Efzegiem), ale od wielu lat aktywnie udzielają się również i w innych konfiguracjach i wydają interesujące płyty. Natomiast Bruckmann jest obecnie jednym z najciekawszych i najbardziej wszechstronnych muzyków związanych z amerykańską sceną szeroko rozumianej muzyki improwizowanej. Dokładając do tego ciekawą i chyba nieczęsto spotykaną obsadę instrumentalną (obój, waltornia, saksofon barytonowy, syntezatory, gitara i instrumenty perkusyjne), sądzić można było, że będziemy mieli okazję spędzić czterdzieści minut z muzyką na pewno intrygującą, prawdopodobnie interesującą, a być może i innowacyjną.
Tymczasem otrzymujemy zestaw czterech nagrań, które zaliczyć można do mainstreamu współczesnej improwizacji. Bezpieczne, wielokrotnie sprawdzone rozwiązania oraz z góry przewidywalna zabawa z fakturą i artykulacją nikogo poza neofitą elektroakustycznej improwizacji nie mogą zachwycić. I choć przyznać trzeba, że do gry muzyków przyczepić się nie można, i że rezultat jest całkiem przyzwoity, to przecież podobnej muzyki nagrano już sporo i ta płyta niczego do tej ogranej stylistyki nie wnosi. Wiem, że nie każda płyta musi przynieść coś nowego i nie czynię "Wane" z tego powodu wyrzutów. Najgorsze jest to, że niby coś się tu dzieje, niby muzycy próbują, ale brak iskry, która sprawia, że w muzyce pojawia się żar. Niestety tutaj momentami coś się ledwie tli...
Jedyne co ewentualnie mogłoby zaskoczyć na plus to podjęta przez muzyków próba zdominowania sporej części materii dźwiękowej przez syntezatory. Jednak umieszczenie tych partii "na wierzchu" w połączeniu z ich małą elastycznością sprawiło, że choć sam zamysł doceniam, to do jego wykonania mam stosunek ambiwalentny. Wydaje mi się, że trochę tu zabrakło dynamiki.
Ponieważ jednak ostatnio nieco krucho z premierami związanymi z nurtem określanym w skrócie EAI, to pomimo mojego narzekania rzućcie, proszę, uchem na "Wane" (tym bardziej, że utwory numer 1 i 4 są niezgorsze), choć nie jest ona czystym reprezentantem tej stylistyki, a stanowi jedynie owoc flirtu miedzy nią i akustyczną improwizacją.
Tadeusz Kosiek
Data wstawienia: 2006-08-09