Big band fajny jest. A właściwie to swing. Choć sam gatunek wydaje się martwy, dzięki słuchaczom - również tym, których mam zamiar zwerbować za pomocą niniejszej recenzji - będzie żywy aż do końca świata. Może "Big Swing Face" nie jest sztandarowym produktem bigbandowym, ale nie zmienia to faktu, że zająć się nim warto.
Perkusistą Buddym Richem zainteresowałem się jeszcze na pewien czas przed wejściem w świat jazzu. Precyzyjna technika, temperament i żywa gra, niesamowite wyczucie. Ten perkusista jest jednym z kilku, którzy zrewolucjonizowali instrument, na którym grają albo grali (zanim pojawił się Rich, był przecież Gene Krupa). Choć częściej udzielał się jako muzyk, nierzadko sesyjny, niż występował w roli lidera, jako charyzmatyczna postać dał się zapamiętać. Między innymi dzięki świetnemu (chyba najlepszemu w jego dorobku) drugiemu albumowi koncertowemu "Big Swing Face" właśnie. Zagrany z reaktywowanym Buddy Rich Big Bandem (wcześniej istnieli w drugiej połowie lat 30.), składa się jedynie z dostosowanych do wymogów swingu coverów. Może nie brzmi to ciekawie na papierze, ale zaręczam - płyta jest pyszna. Dokładnie taka, jak sam Rich. Nie będę powtarzał wymienionych przed chwilą przymiotów, bo krótko i zwięźle opisują oba te zjawiska.
Zaczyna się bardzo przebojowo, od świeżego wtedy (i wciąż) utworu "Norwegian Wood". Tak, tak, The Beatles. Już od przygrywki wyraźnie "czuć" perkusję - twardy jak trzeba werbel nie ginie w kaskadzie uderzeń w talerze, co podgrzewa doskonale atmosferę. Do tego dobre brzmienie sekcji dętej, odpowiednio dużej jak na big band, przyjemnie wciąga w zwrotkę, by uderzyć z dwukrotną siłą refrenem. Łatwo wychwycić rytmikę właściwą oryginalnemu wykonaniu, lecz nie narzekam na niezbyt wiele miejsca na improwizację. Muzyka wpada w ucho szybciej, niż piszę te słowa. I tak przez całą płytę: przejrzystość talerzy wymieszana z wyraźnymi trąbkami i saksofonami (czasem zastępowanymi przez flety) oraz resztą instrumentów. Ciekawostką jest fakt, że basista James Gannon gra tutaj nie na "elektryku" ale na basówce jak najbardziej akustycznej.
Studiować po kolei każdego utworu nie ma potrzeby. Nadmienię jedynie, że na płycie znajdziemy kompozycje oryginalnie wykonywane przez: Billa Pottsa (dwukrotnie), Cole’a Portera, Harry’ego Bettsa, Boba Florence’a (dwukrotnie), Sonny’ego Bono, Freda Fishera, Jaya Corre’a, Billa Reddy’ego, Dona Piestrupa (dwukrotnie), Billa Hollmana, Arthura M. Wigginsa. Do tego kilka tytułów tworzonych przez więcej niż jedną osobę, tak jak wspomniany "Norwegian Wood", skomponowany wspólnie przez Lennona i McCartneya.
Brzmienie jest ostre i czyste, selektywne. Jego "przejrzystość" to prawdziwy miód na uszy (wiem, że może Wam się to kojarzyć z brudnymi uszami, ale trudno), mimo że dzieło sztuki pod względem technicznym to nie jest i w 1996 roku można było podczas remasterowania wyciągnąć z tego albumu jeszcze trochę, zwłaszcza na środku. Najwyrazistsza okazuje się tu góra - sekcja dęta oraz talerze. Ogólnie jednak przyczepić się zasadniczo nie ma do czego, panowie zza konsolety do miksowania odrobili zadanie domowe na czwórkę.
W tym roku mija czterdziesta rocznica grania przez Buddy Rich Big Band czterech koncertów (w dniach 22-25 lutego) w Chez Clubie w Hollywood, z których to występów pochodzą niemal wszystkie utwory. Jedynie kompozycje nr 3, 11 i 16 nagrane zostały 10 marca tego samego roku w United Recordings, też w Hollywood. Różnicę między poszczególnymi koncertami naprawdę trudno dostrzec (nie mówię: nie da się, choć mnie się nie powiodło). Świadczy to o świetnym zgraniu zespołu. Może zabrzmi to dziwnie, ale mnie taka muzyka najbardziej pasowałaby... w jakimś supermarkecie podczas zakupów. Podobne odczucia miałem słuchając tytułowej kompozycji z "Milestones". Coś w tym musi być. Wracając jeszcze do samej formy koncertu: otrzymujemy dwa razy więcej muzyki niż na longplayu. - na CD dodano aż dziewięć kompozycji.
Wady? Są, i owszem. Na przykład śpiew w "The Beat Goes On" Sonny’ego Bono. Rich zaprosił do mikrofonu w tym utworze swoją córkę, Cathy. Niestety, nie objawił się w niej taki geniusz jak w tatusiu, który w wieku czterech lat grał już na perkusji i stepował w show swych rodziców. Cathy, w 1967 roku dwunastolatka, śpiewać może i lubiła, ale nienajlepiej jej to wyszło. Nauczyciel muzyki byłby tutaj bardzo na miejscu. Ale teraz już za późno. Z drugiej strony, atmosferę podtrzymuje sam bohater tego wieczoru, zabawiając publiczność kilkoma żartami (warto się przysłuchać zwłaszcza przy pierwszej kompozycji).
"Big Swing Face" to rzetelna robota. Nie ma czemu się dziwić - Rich rzadko kiedy wypuszczał coś nieudanego. Muzyka jest bardzo przyjemna i rześka. Jej ponadczasowość to fakt niezaprzeczalny. Takie granie, TAK żywe, że chce się do niego wracać wciąż i wciąż...
Polecam.
Cezary Mażarski
Data wstawienia: 2007-02-21
Kilka uwag ( Witold Busz wysłano 2007-02-25 godz. 23:08 )
Racja! ( Krzysztof Gregorc wyslano 2007-02-26 godz. 00:52 )
Racja, racja ( Cezary Mażarski wyslano 2007-02-26 godz. 13:36 )