Nie jestem pewny, czy Diapazon jest właściwym miejscem na pojawienie się recenzji nowej płyty Tima Sparksa. Jazz to na pewno nie jest, a i elementów jazzu, w tej muzyce doszukać się chyba nie sposób. Dlaczegóż bym zatem miał o niej pisać dla Diapazonu?
Otóż w składzie zespołu towarzyszącego Sparksowi znajdziemy i Marca Ribota, i Erika Friedlandera, i Grega Cohena i Cyro Baptistę - ci zaś dość często pojawiają się w jazzowym kontekście. Piszę zatem tę recenzję bardziej do tych osób, którzy płyty często wybierają kierując się składem i pod jego kątem spodziewając się określonej muzyki. Jeśli zatem skład taki miałby jazzfana przekonać do nabycia "At the Rebbe's Table" - to myślę, że może zostać zaskoczony tym co następnie usłyszy z głośników.
Ogólnie rzecz biorąc muzyka zawarta na tej płycie wpisuje się w klimat, jaki dał się kiedyś poznać przy płytach i koncertach sekstetu Bar Kokhba. Tim Sparks eksploruje zaś muzykę żydowską z różnych krajów, począwszy od tradycyjnych klezmerskich, sefardyjskich czy chasydzkich po stylizacje Johna Zorna). Słyszymy tu utwory należące do kultury żydowskiej, zaaranżowane na różne składy od duetu po kwintet.
Muzyka to niewątpliwie urokliwa, można nawet rzec: piękna. Całość jest bardzo skupiona, wręcz wyciszona. Jeśli zatem ktoś poszukuje takiego żydowskiego folku, a znudziły mu się już utwory prezentowane przez zespoły klezmerskie w "zwykłych" składach, często z wykorzystaniem klarnetu i jeśli poszukuje pewnej nostalgii, łagodności brzmienia wówczas na pewno odnajdzie na "At the Rebbe's Table" źródło miłych uchu doznań. Muzyka to na pewno także dla wszystkich tych, którzy chcą zgłębić bogatą kulturę żydowską - tutaj, od strony muzycznej, mogą zapoznać się niemal z jej przeglądem; porównywać podobieństwa i różnice muzyki klezmerskiej z chasydzką, sefardyjskiej z muzyką współcześnie tworzoną przez kompozytorów żydowskich.
Dla mnie jednak płyta ta jest nazbyt spokojna. I nie chodzi mi tu wcale, o to, że brak na niej szybszych utworów. Całość jednakże utrzymana jest niemal na jednym poziomie dynamicznym. Nie odczuwam również w poszczególnych utworach jakiegoś emocjonalnego zaangażowania muzyków. Wszystko to zaś wywołuje u mnie pewne wrażenie dźwiękowej monotonii. O ile bowiem lubiana przeze mnie Bar Kokhba, prezentująca zbliżoną muzykę, urzekała śpiewnymi kompozycjami Zorna oraz dynamiczną, emocjonalną grą muzyków, tutaj elementów tych brakuje. Szkoda również, że zmieniające się utwory, składy i stylizacje, nie wywołują zainteresowania, jakie mogłoby mu towarzyszyć. Być może jednak nie jestem tak wyciszony, by docenić prawdziwe piękno tej muzyki. Odczuwam je bowiem jedynie chwilowo. Kiedy nowa propozycja Tima Sparksa rozbrzmiewa mogę dostrzec w niej pewne piękno, to niemal z chwilą wyjęcia płyty z odtwarzacza czar pryska, a po właśnie co wysłuchanej muzyce nie pozostaje niemal żaden ślad.
Paweł Baranowski
Data wstawienia: 2002-10-06