Dramatyczna i niepokojąca muzyka. Sampler i gramofony (eRikm), organy Hammonda (Charlie O.), saksofon tenorowy, sopranowy, flet, kaual, bembarda (Akosh Szelevenyi) oraz saksofon altowy (Quentin Rollet). Cztery utwory.
Każdy z nich zaczyna się długim wstępem, z którego dramatycznie wykluwają się tematy, trwające zazwyczaj kilkanaście sekund.
Zacznijmy od kontrastów. Połączenie bardzo sterylnej elektroniki i statycznego Hammonda z dzikimi solami Szelevenyia, które dopełnia Rollet, nie jest połączeniem oczywistym. Tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę bardzo tradycyjne, akustyczne brzmienie Szelevenyia a także jego ekstatyczne, czasem oparte na transowych powtórzeniach danej figury, partie.
Do pierwszego kontrastu dorzućmy jeszcze drugi. Szelevenyi znany jest ze swej fascynacji muzyką etniczną, której najpełniejszy wyraz daje w swym Akosh S. Unit. Ale i na "MOSQ" nie ma zamiaru rezygnować ze swych zainteresowań. Problem w tym, że rzadko kiedy muzyka etniczna jest włączana w kontekst elektroniki - a jeśli już, to zazwyczaj elektronika ta opiera się o mniej lub bardziej jednostajny beat. Tutaj mamy podwójne zerwanie. Etno ze strony Akosha jest bowiem zestawione z elektroniką wyczyszczoną z beatu. Być może jednak ten właśnie zabieg zwraca nam uwagę - a Szelevenyi z pewnością do tego właśnie dąży - na potencjał muzyki etnicznej, którego nie da się zamknąć w dyskotece. Cała jej specyficzna rytmika zawarta jest bowiem w solówkach Szelevenyia, nałożonych na jednostajną elektronikę oraz owych krótkich tematach, zaaranżowanych już na cztery uzupełniające się głosy.
Efekt jest jednak zniewalająco spójny i pełny, nawet jeśli opiera się na kontrastach. A niepokój z nich wynikający decyduje o tym, że muzyka etniczna dawno nie brzmiała tak przejmująco.
Michał Libera (Jazz&Classics)
Data wstawienia: 2004-06-11